Jak zmienić imię – moja historia

Niektórym zmiana imienia kojarzy się wyłącznie z osobami transpłciowymi. W praktyce jednak uzgodnienie płci to nie jedyny powód, by dokonać zmiany. Urzędowo zmieniłam imię w 2018 roku. Było to trudne doświadczenie głównie dlatego, że bardzo ciężko było mi dokopać się do relacji osób, które przeszły tę procedurę. Czytałam w Internecie informacje, które wykluczały się nawzajem. W związku z tym opowiem Wam dziś o tym, jak to u mnie wyglądało – nie tylko o procedurach w urzędzie, ale też o tym, jak to się wszystko zaczęło. Zaznaczam tylko, że nie jestem prawniczką, mówię wyłącznie z własnego doświadczenia sprzed kilku lat. Niektóre informacje mogą być więc nieaktualne.


Kwestia społeczna

Decyzję o zmianę imienia podjęłam, kiedy miałam 15 lat. Siedziałam wtedy na lekcji religii. Katecheta mówił o znaczeniu imienia w kulturze żydowskiej; o tym, że zmiana imienia oznaczała zmianę tożsamości. Czułam się wtedy okropnie ze sobą. Naprawdę nienawidziłam osoby noszącej imię, którym wszyscy się do mnie zwracali. Można powiedzieć, że stworzyłam sobie nową tożsamość. Od razu wiedziałam, jakie imię przyjmę – od zawsze w dziecięcych „zabawach w Harry’ego Pottera” grałam Minerwę McGonagall, potem zaczęłam używać jej imienia w internecie jako nick. Tak, jestem zwariowaną fanką HP, która ma w dowodzie imię ukochanej postaci. Tak wyszło. Utożsamiałam się z tym imieniem, to nie mogło być nic innego. Oczywiście wolałabym wybrać „normalne” imię, ale tak naprawdę decyzja nie należała do mnie – ja po prostu byłam już Minerwą.

Dlaczego w takim razie czekałam aż 8 lat, żeby załatwić sprawę w urzędzie?
Powodów było sporo.

Najpierw chciałam sprawić, żeby przyjaciele i przyjaciółki zaczęli/-ły się do mnie zwracać preferowanym imieniem. Potrzebowałam ich akceptacji, żeby zmierzyć się z procedurami – w urzędzie mogłam przecież zostać wyśmiana, wybrałam bardzo oryginalne imię. Bałam się tego jak ognia, a gdzieś wyczytałam, że taki wniosek można złożyć tylko raz. Na tym etapie doświadczyłam niestety rzeczy, które były dla mnie bardzo przykre i raniące. Znajomi i znajome nie potraktowali mojej prośby poważnie, bo „jakoś mi tak nie pasuje do ciebie” (nie Tobie ma pasować), „już się przyzwyczaiłem” (to się odzwyczaj), bo sobie wymyślam jakąś głupotę (aha). Prośbę często ignorowały także osoby bliskie, które doskonale wiedziały, jakie traumatyczne doświadczenia (o których celowo tu nie piszę) stoją za tą potrzebą.

Najgorzej było w liceum. Miałam w klasie osobę, do której zwracano się pseudonimem. Powiedzmy, że ten pseudonim brzmiał „Zenon”. Zapytałam kiedyś Zenona, jak to się dzieje, że do niego ludzie mówią tak, jak sobie tego życzy, a moje prośby olewają. Odparł: „bo Zenon jest Zenonem, a Minerwa jest [stare imię]”. Aż do końca liceum moje imię funkcjonowało jako niechętnie używana ksywka. Miałam za to sporo znajomych internetowych, którzy mówili do mnie tak, jak chciałam, co było pokrzepiające.


Na studiach nastąpił pewien przełom. Wchodziłam do całkowicie nowego środowiska. Mogłam przecież przedstawić się, jak chciałam! Tak też zrobiłam. Na spotkaniu integracyjnym mówiłam „cześć, jestem Minerwa”. Miałam wyjątkowe szczęście, że nikt nie zapytał, skąd się to imię wzięło (dlaczego uważam to za cud, opowiem Wam na końcu). Potem przyszły zajęcia i sprawdzanie obecności. W systemie i na listach obecności oczywiście było stare imię. Po dwóch tygodniach o Minerwie już nikt nie pamiętał. Nawet mój ówczesny partner, który znał całą historię, twierdził, że rozumie, ale jak na przykład dzwonili rodzice, mówił o mnie, używając starego imienia. Próbowałam z nim o tym porozmawiać. Miałam wrażenie, że się mnie wstydzi – nie wiem, czy chodziło o to, jakie imię wybrałam, czy o to, że w ogóle chcę je zmieniać. Nie miałam wsparcia nawet od najbliższej osoby.

W międzyczasie zmieniałam też dane na FB – najpierw miałam Minerwę wpisaną jako pseudonim, potem jako pierwsze imię. Mimo to co złośliwszym znajomym chciało się tagować mnie po drugim, niepreferowanym imieniu. W końcu wywaliłam stare imię zupełnie, ale wiązało się to z pewnym ryzykiem. Otóż gdyby ktoś zgłosił, że nie używam prawdziwych danych, Facebook mógłby zablokować mi konto i zmusić mnie do pozostania przy znienawidzonym imieniu. Z tego, co wiem, proszą o zdjęcie dowodu, przynajmniej kiedyś tak było. Mam nadzieję, że coś się w tej kwestii zmieniło.


Studia rzuciłam i poszłam na nowy kierunek (artes liberales), na niezwykle ciepły i otwarty wydział. Tam postanowiłam zainspirować się historią pewnej znajomej osoby, która przechodziła przez proces uzgodnienia płci, i po prostu oficjalnie, na zajęciach powiedzieć, jak mam na imię. Byłam w szoku. Wszyscy wykładowcy zaakceptowali to od razu! Na wszystkich listach byłam już Minerwą. Poznałam też mojego obecnego partnera, który… tak po prostu mnie zaakceptował. W pracy nie było problemu, żeby zrobić mi wizytówkę z imieniem, z którym chciałam. ALE. Każdy nowy semestr to jednak nowi wykładowcy, którym trzeba opisać sytuację. To był ciągły strach przed wyszydzeniem. Bałam się, że usłyszę to, co kiedyś słyszałam od znajomych lub że ktoś zarzuci mi, że wybrałam pretensjonalne imię. Na wydziale zakochanym w antyku nikt nie łączył Minerwy z nazwiskiem McGonagall, tylko z rzymską boginią mądrości. Jak możecie się domyślić, wybór takiego imienia sprawia wrażenie – delikatnie mówiąc – zarozumialstwa. Każdy nowy znajomy to potencjalne ryzyko usłyszenia „ta, jasne, pokaż dowód” (tak, zdarzało się). W związku z tym, po ośmiu latach od podjęcia decyzji, już ze wsparciem najbliższych, nadszedł najwyższy czas na wycieczkę do urzędu.

Kwestia urzędowa – krok po kroku

Cofnijmy się na moment. Nazwałam się po postaci z ulubionej książki. Być może zastanawiacie się, jakie imię można w ogóle „wybrać”. Brutalna prawda jest taka, że wszystko zależy od widzimisię Kierownika Urzędu Stanu Cywilnego. Jak wspominałam, wyczytałam, że taki wniosek można złożyć tylko raz; być może źle zrozumiałam, być może to się zmieniło, ale musiałam złożyć oświadczenie o tym, że nie dostałam już decyzji odmownej w tej sprawie. Bardzo się bałam, że Kierownik UC będzie w złym humorze i zadecyduje to o całym moim życiu, bo wybrałam w końcu dziwne imię. Istnieją zalecenia Rady Języka Polskiego, jednak to są tylko zalecenia . W dodatku wyglądają na bardzo stare. Tak więc – teoretycznie możesz wybrać każde imię, które nie urąga godności ludzkiej, nie powinno być też nazwą przedmiotu pospolitego lub nazwą geograficzną. Co urąga godności ludzkiej? Interpretacja dowolna.


Wybór mamy za sobą, czas napisać wniosek. Kiedy zmieniałam imię, można to było zrobić w zasadzie z trzech głównych powodów: jeśli obecne imię/nazwisko jest obraźliwe, jeśli istnieje potrzeba spolszczenia pisowni (w przypadku imion zagranicznych) oraz jeśli imię widniejące w dokumentach jest inne niż obecnie używane. Widzę, że już się to odrobinę zmieniło, bo we wniosku nigdzie nie zaznacza się powodu, a w Internecie znalazłam informacje o trochę innych możliwych przyczynach. W praktyce zmiana imienia z jakiegokolwiek innego powodu niż potrzeba ujednolicenia stanu faktycznego z dokumentami jest prosta – a przynajmniej tak to sobie wyobrażam. Wypełniasz wniosek, piszesz uzasadnienie, idziesz do urzędu, czekasz na decyzję. I tyle.

W przypadku zmiany imienia na imię używane (czyli przyczyny, z której korzystałam) sprawa jest trochę bardziej skomplikowana. W uzasadnieniu należy koniecznie wpisać, że używamy imienia X na co dzień i trochę się porozpisywać o tym, jak bardzo potrzebujemy ujednolicenia dokumentów i rzeczywistości. Jednak musimy również udowodnić urzędnikowi/urzędniczce, że faktycznie używamy wymarzonego imienia. Gdzieś wyczytałam, że nie jest to wymagane, przez co zaliczyłam dwie wizyty w urzędzie zamiast jednej. Na moje załączniki składały się między innymi:
– 5 oświadczeń od znajomych o treści „Ja, [imię i nazwisko znajomego/znajomej], legitymujący/legitymująca się dowodem osobistym nr [numer dowodu znajomego] oświadczam, że znam [Twoje obecne imię i nazwisko z dokumentów] legitymującą/legitymującego się dowodem osobistym nr [Twój numer dowodu] pod imieniem [Twoje wymarzone imię]”. Serio.
– screen mojego profilu na Facebooku. To może wydać Wam się dziwne, ale Facebook – zgodnie ze swoim własnym regulaminem – jest portalem, na którym powinniśmy posługiwać się prawdziwymi danymi, nie ksywkami. Internet stał się tak ważną częścią naszego życia, że taki załącznik nie był niczym dziwnym;
– screeny oficjalnych mejli z uczelni, w których zwracano się do mnie preferowanym imieniem;
– skany identyfikatorów z organizacji wydarzeń studenckich;
– skany list uczestników konferencji.

Jak już mamy pomysł na uzasadnienie i zebrane załączniki, pora znaleźć wniosek, wypełnić go i iść do urzędu. Wzór wniosku możecie znaleźć w internecie. Mieszkam w Warszawie, więc wniosek dla siebie mogłabym znaleźć tutaj: https://warszawa19115.pl/-/zmiana-imienia. Pamiętam, że musiałam też iść do Urzędu Stanu Cywilnego w Śródmieściu – to taki najważniejszy urząd, są jeszcze mniejsze w dzielnicach. Ważna jest też opłata administracyjna, którą trzeba uiścić na odpowiedni numer konta. Jest stosunkowo niewielka, tutaj 37 PLN. Jeśli jesteście z innych miast, może wyglądać to trochę inaczej.

Mamy już wypełniony wniosek i „dowody”, zapłaciliśmy 37 PLN, wiemy, do jakiego urzędu się udać. Teraz musimy wydrukować z banku potwierdzenie przelewu, spakować dowód osobisty i te wszystkie papiery i wybrać się do urzędu. Po krótkiej wizycie w okienku pozostaje czekać na decyzję.

Moja nadeszła po około dwóch tygodniach. To był jeden z najszczęśliwszych dni mojego życia i… nie miałam pojęcia, co dalej.

Co po zmianie?

W wielu miejscach zmiana danych osobowych „robi się” sama. Nie było dużo roboty papierkowej, którą musiałam załatwić. Zmianę danych osobowych zgłosiłam na uczelni, zwróciłam się też z wnioskiem o nową legitymację. Szybko zgłosiłam się też po nowy dowód osobisty. Najdłużej zwlekałam ze zgłoszeniem zmiany danych do banku; zrobiłam to dopiero po pół roku. Karty miejskiej nie wymieniłam nigdy. Gdybym miała prawo jazdy, musiałabym załatwić też tę kwestię. Zmiana imienia przypadła u mnie na krótki okres niepracowania, więc nie musiałam niczego zgłaszać pracodawcy. I tyle.

Jestem bardzo szczęśliwa, że się udało. Dzień otrzymania pozytywnej decyzji był zdecydowanie jednym z lepszych w moim życiu. Imię jest oryginalne, więc ludzie zwracają na nie uwagę, często je przekręcają albo myślą, że to pseudonim, ale nie przeszkadza mi to. Jedyne, co mnie irytuje, to pytanie: „a skąd rodzicom to przyszło do głowy?”. Nie wiem, co na to odpowiadać, ale czasem mam ochotę wypalić „nie wiem, nie mam rodziców”. Szczera odpowiedź na to pytanie oznacza poinformowanie rozmówcy o zmianie imienia, a nie zawsze mam na to ochotę. „Przyznanie się” do zmiany to niestety wystawianie się na dyskryminację i oceniające spojrzenia – niektórzy myślą, że chciałam zwrócić na siebie uwagę czy po prostu jestem „dziwna”. Opowiadanie ludziom, dlaczego zmieniłam imię i dlaczego akurat na takie, to naprawdę nie jest coś, co chcę robić przy każdym poznawaniu nowej osoby. Chociaż muszę przyznać, że negatywne reakcje zdarzają się coraz rzadziej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.