(Pop)kulturowe podsumowanie października i listopada 2021

W październiku byłam bardzo monotematyczna popkulturowo, a listopad był dla mnie trudnym miesiącem. Dużo czasu spędziłam w gabinecie weterynaryjnym; mój kot ciężko chorował. Przez sporą część czasu byłam aktywna na Instagramie. Łączenie pracy zarobkowej, życia prywatnego i bardzo aktywnego prowadzenia bloga to czasem za dużo, przynajmniej z mojej perspektywy. Ale dziś nie o tym – zapraszam na popkulturowy przegląd ostatnich dwóch miesięcy.

Książki

Chyba czas się pogodzić z tym, że ten rok to książkowa tragedia. Czytam bardzo mało (2-3 książki miesięcznie) i niewiele lektur mnie naprawdę porywa. Październik zaczęłam od audiobooka Angst with happy ending; to młodzieżówka, która okazała się mieć bardzo ciekawy motyw samobójstwa, ale napisałam o tym osobny wpis. Czytałam też książkę Janiny Bąk Statystycznie rzecz biorąc. To książka pełna anegdotek, ale jej mięsem sojowym są informacje dotyczące tego, jak krytycznie patrzeć na badania naukowe i ich przetwarzanie w mediach. Niektóre fakty znałam ze studiów. Dowiedziałam się wiele ciekawych rzeczy, a humor Janiny zdecydowanie do mnie trafia. Ostatnią październikową lekturą był Baśniobór Brandona Mulla. Mam wrażenie, że na tę serię jest straszny hype na polskim booktube. To fantastyka dziecięco-młodzieżowa, po którą sięgnęłam z ciekawości. Baśniobór był naprawdę ciekawą, dobrze napisaną powieścią, ale póki co nie ciągnie mnie do kolejnych tomów. Chyba po recenzjach nastawiłam się na coś tak cudownego, że prawdziwa książka nie była w stanie sprostać tym oczekiwaniom.

Bardzo mi się podobają okładki tej serii.

Listopad to była tragedia. Pierwszy raz od kilku lat nie mam żadnej książki na półce “teraz czytam”, bo tak się zraziłam. Zaczęłam od przeczytania Gry o marzenia – debiutanckiej powieści Daniela Muniowskiego, prowadzącego vloga Strefa Czytacza. Myślałam, że przeczytam kawałek, żeby się przekonać, co to za książka, ale nie będzie mi się chciało kończyć. Tymczasem Gra o marzenia bardzo miło mnie zaskoczyła. Przynajmniej na początku, potem było tylko gorzej. Nie mogę bez spoilerów powiedzieć, co dokładnie mi się nie podobało, ale końcówka mnie rozczarowała. Nie ukrywam też, że mam na wiele spraw inne poglądy niż autor, który – chcąc nie chcąc – manifestował je w swojej powieści. To raczej normalne, tak jak normalne jest to, że mnie to irytowało. Życie.

Prawdziwą tragedią była próba przeczytania Plagi samobójców. Pisałam o tym na Instagramie. W tej książce nie było nic, co by mnie przy niej zatrzymało. Ani język, ani bohaterowie, ani świat, ani fabuła… A co najgorsze, kwestia samobójstwa została przedstawiona w sposób zwyczajnie obrzydliwy. Nie chce mi się nawet rozwijać tego tematu, ale właśnie po tej książce mam przerwę od czytania w ogóle. Mam nadzieję, że ten “książkowy kac” szybko zniknie i zdążę w tym roku przeczytać jeszcze coś – dla odmiany – fajnego.

Filmy i seriale

Tu było zaskakująco bogato w seriale, które oglądałam w ramach odskoczni od problemów.

Skończył się trzeci sezon serialu Co robimy w ukryciu, o którym pisałam w poprzednim podsumowaniu. Nie zmieniłam swojej opinii – ten sezon bardzo mi się podobał, chociaż uważam, że taktyka HBO (wstawianie odcinków co tydzień, zamiast całego sezonu na raz) jest straszna.

Potem za namową przyjaciółki zabrałam się za serial Przygody Merlina (na Netflixie zwany po prostu Merlinem). To młodzieżowa wersja legend arturiańskich, z dość niskim budżetem na efekty specjalne. Niestety porzuciłam go w ostatnim sezonie. Cały serial opiera się na tym, że król Artur nie wie, że Merlin jest czarodziejem, a przeznaczeniem Merlina jest chronienie go. W każdym odcinku jest mowa o przeznaczeniu, a większość problemów opiera się na tym, że bohaterowie ze sobą nie rozmawiają. Pod koniec robi się to naprawdę absurdalne i męczące.

Pray Away

Na Netflixie widziałam też dokument Pray Away mówiący o organizacjach (głównie katolickich) prowadzących terapie konwersyjne – to te “terapie” mające “wyleczyć” ludzi z bycia osobą LGBT+. W dokumencie wypowiadają się między innymi osoby, które udzielały się w tych organizacjach. Mówią, dlaczego tam były i dlaczego odeszły. Dokument jest bardzo poruszający, wywołał we mnie łzy frustracji na świat. Bardzo mocno polecam.

Szykując się na drugi sezon, zrobiliśmy (ja i Daniel) rewatch Wiedźmina. Paradoksalnie wciągnął mnie bardziej, ale… podobał mi się mniej. Rozwalona linia czasowa jest jednak męcząca, a nie wszystkie zmiany w fabule mają sens. Podoba mi się za to kreacja większości postaci i dobór aktorów/aktorek. Oczywiście serial bez motywu samobójstwa nie mógłby istnieć, więc tu również się pojawił. Serio, zaskakuje mnie, jak często pojawia się ten wątek.

Szanuję, że piesek załapał się na zdjęcie, ale coś mu się dziwnego stało z kolorem sierści.

Skoro jesteśmy przy niespodziewanie pojawiających się motywach samobójstwa, czas, by wspomnieć o Downton Abbey. To bardzo brytyjski serial pokazujący życie szlachty i służby w okresie przemian obyczajowych (wojna i dwudziestolecie międzywojenne). W serialu rzucają się w oczy dopracowane kostiumy i oryginalne podejście do tempa akcji – zdarza się, że pomiędzy odcinkami mijają nagle dwa lata. Gdzieś wyczytałam, że Downton Abbey ma konserwatywny przekaz, ale dla mnie mówi zupełnie o czymś innym; bardziej o tym, że klasa wyższa musi się zmienić, jeśli chce przetrwać, niż o tym, jaka tradycja jest ważna. To był raczej portret minionych czasów niż konserwatywna propaganda. Przy okazji w Downton pojawiają się niezwykle interesujące wątki poboczne, w tym motyw próby samobójczej, o którym pisałam na Instagramie przy okazji zastanawiania się, czy każde dobre przedstawienie samobójstwa w kulturze musi być prewencyjne.

W samym listopadzie obejrzałam poza tym trzy filmy. W kinie byłam na Diunie i to był jedyny nietrafiony seans. Nie żałuję, że widziałam, bo to ważne dzieło dla naszej kultury, a czasem warto poświęcić na to swój czas. Ale na tym swoją przygodę z Diuną raczej skończę. To po prostu nie mój klimat i bardzo ciężko mi ogarnąć zasady świata przedstawionego.

Z przyjaciółką obejrzeliśmy oryginalne Jumanji z 1995 roku. To film kierowany do młodszego odbiorcy. Bohaterowie są wciągani do gry i przeżywają w związku z tym różne przygody. Fajny, przyjemny i lekki seans, chociaż trochę retro. Nowsze części na pewno są bliższe współczesnemu odbiorcy/współczesnej odbiorczyni. Kolejnym lekkim seansem była filmowa wersja Aladyna z Willem Smithem. Zaczęło się świetnie, ale wiele zmian fabularnych wypadło gorzej w stosunku do oryginału. Mówiąc kolokwialnie, momentami wiało cringe’em. Ale Will Smith był cudowny.

Gry

Grałam w niewiele gier, ale za to bardzo intensywnie. Wyszedł nowy dodatek do gry House Flipper – Luxury Flipper. To gra o remontach domów. Dostajemy obrzydliwe, brudne rudery (szanuję twórców i twórczynie za opcję zamiany karaluchów na potłuczone szkło) i robimy z nich wypasione chaty. Jest to bardzo satysfakcjonujące i pozwala mi się kreatywnie wyżyć. Gra ma bardzo dziwny sposób wydawania dodatków – Luxury Flipper zapowiedziano bardzo dawno temu, w międzyczasie zdążyły wyjść inne dodatki i zapowiedziane kolejne… DLC są też mało spójne, także pod kątem stylu graficznego postaci, ale nie przeszkadza to jakoś bardzo. Za to wszystkie dodatki mają uczciwe ceny i wnoszą naprawdę dużo do rozgrywki.

Udało mi się zgarnąć 3 miesiące Xbox Game Pass za 4 zł (#cebuladeal). Bardzo chciałam odpalić symulator życia w średniowieczu, ale ku mojej rozpaczy mój komputer nie spełnia minimalnych wymagań, więc pograłam chwilę w najnowsze Sim City. Niestety jeśli chodzi o tego typu gry o budowaniu miast, Cities Skylines wygrywa pod każdym względem poza grafiką, handlem i questami od mieszkańców (które w Sim City przynajmniej są). W Cities mamy zdecydowanie więcej możliwości.

W ramach wracania do świata Wiedźmina, pograłam trochę w pierwszą grę. Wydaje mi się, że naprawdę dobrze się zestarzała, chociaż nie wciąga mnie aż tak, jak dawniej. Nie mam cierpliwości do zadań polegających na chodzeniu w kółko i gadaniu z ludźmi. Mimo wszystko liczę, że skończę tę grę.

A co u mnie?

Jak pisałam wcześniej, choroba kota przeorganizowała całe moje życie. Zamiast narzekać, że mam mało czasu na bloga, odpuściłam. Zrozumiałam, że brak czasu jest całkowicie normalny – pracuję, studiuję i potrzebuję odpocząć. Jasne, są osoby, które godzą nawet więcej aktywności życiowych. Fajnie, ale ja tak nie umiem. Zaczęłam pisać więcej krótkich postów na Instagramie, zamiast narzucać sobie presję, że wszystko musi być długim artykułem. Jak będę miała czas i ochotę na długi wpis, będę go pisała. Przy okazji okazało się, że dla Was takie krótsze wpisy są znacznie ciekawsze…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.